Oficjalna strona sekcji rugby KS Posnania Poznań
slide01 slide01 slide01 slide01
NABÓR DO
SEKCJI RUGBY
NABÓR
AKTUALNOŚCI !

POSNANIA_RUGBY 7

BLACK ROSES

SARMACI RUGBY

JESTEŚMY TUTAJ

ODWIEDZILI NAS
free counters
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
POSNANIA RUGBY CLUB

KS POSNANIA POZNAŃ

SPONSORZY

WSPÓŁPRACA

PATRONAT MEDIALNY

WSPÓLNIE PRZECIW BIAŁACZCE

Nasza strona
Działamy:
RUGBY WORLD CUP 2011
Jeśli dla wszystkich mieszkańców Nowej Zelandii Ziemia zrobiła się jeszcze bardziej owalna, to znaczy, że dzieje się coś naprawdę niezwykłego. 9 września rozpoczął się Puchar Świata w rugby.

Nie miało to nic wspólnego z defiladami w Phenianie czy na placu Tiananmen w Pekinie. Nie było przepychu ani kiczu w amerykańskim stylu. Wystarczyło odwołać się do korzeni jednego z najpiękniejszych miejsc globu, by stworzyć spektakl, jaki zostanie zapamiętany na lata.

W pół godziny cały świat odbył podróż po górskich pasmach, przez wulkany, Góry Cooka i gejzery na Rotorua. Były rytualne tańce, tatuaże, półnadzy mężczyźni ruszający na łowy, czyli to, z czego słynie Aotearoa, czyli w języku maoryskim "kraj długiej, białej chmury". Wszystko to w atmosferze wielkiej zespołowości, która jest esencją gry w rugby. Reżyser, notabene ten sam, spod którego ręki wyszły otwarcia igrzysk w Sydney i Vancouver, ujął w nim wszystko - rajski spokój, z którym kojarzy się Nowa Zelandia, i dramat kraju podnoszącego się po niedawnym trzęsieniu ziemi.

Jonah Lomu, dwumetrowa legenda rugby, który został zaproszony do odegrania jednej z ról, ze wzruszenia ronił łzy. Światowe media pisały nazajutrz nie inaczej niż "hipnotyzujące, spektakularne i oszałamiające", a miejscowi pękali z dumy, cytując recenzje na swoich portalach. I tak się nakręcili, że wyliczyli, co potrzebne było do produkcji tego spektaklu:

- w sumie 1000 wykonawców;
- 400 wokalistów, którzy wyśpiewali słowa Haki, tańca maoryskich wojowników;
- 9,5 km jedwabiu przeznaczonego na stroje;
- 13 tys.122 batony musli, które zjedli wszyscy pracujący przy produkcji;
- 5740 litrów wody, którą trzeba było gasić pragnienie;
- 5636 gorących napojów, by ogrzać się w zimne, wiosenne noce.

Wreszcie najważniejsza liczba. Australijski "Daily Mail" dotarł do budżetu tego show. Zapiął się w 9 mln dol. nowozelandzkich, czyli około 51 mln zł.

Dane ze świata jeszcze nie zaczęły spływać, ale IRB (światowa federacja rugby) szacuje, że trwający aż do 23 października Puchar Świata zobaczy w sumie więcej widzów niż którekolwiek z igrzysk olimpijskich bądź futbolowych mundiali. I to licząc tylko oficjalnych nadawców, a nie internetowych złodziejaszków podkradających transmisje.

W Nowej Zelandii, która liczy około 4 mln mieszkańców, jest około 1,9 mln gospodarstw domowych. Otwarcie oraz pierwszy mecz między gospodarzami a reprezentacją Tonga obejrzało w trzech kanałach 1 mln 635 tys. 780 telewidzów. Brakujący 1 mln 264 tys. 220 albo był na stadionie Eden Park w Auckland, albo obserwował znad zatok Hauraki i Waitemata, gdzie krążyły floty tradycyjnych łodzi Maori, 10-minutowy pokaz sztucznych ogni. Pozostali zebrali się na specjalnie wyznaczonych placach wszystkich miast obu nowozelandzkich wysp (tylko w Auckland w centrum tłoczyło się 200 tys. ludzi). W każdym razie imienne zaproszenia dotarły do wszystkich. Podpisywał je premier.

Najbardziej cieszyli się jednak w Christchurch, najbardziej dotkniętym lutowym trzęsieniem ziemi, w którym zginęło 181 osób, padło wiele fabryk i kopalni. Choć miasto to nie ma głównej areny PŚ, symbolicznie zostało gospodarzem imprezy. Na ceremonii mieli też swojego bohatera, nastolatka Ethana Bai, który po przybiciu piątki z Lomu pofrunął w górę z dmuchaną piłką do rugby.


Wydane na organizację pieniądze mają zwrócić się w kilka tygodni. Na daleką wyprawę na koniec świata decydują się setki tysięcy ludzi z północnej półkuli, w zdecydowanej większości fani rugby z naprawdę grubym portfelem (z Polski oficjalnie zamówiło bilety ponad 100 osób, wycieczka kosztowała około 10 tys. zł). Tylko na dwóch stadionach z ośmiu, na których rozgrywano mecze pierwszej kolejki, nie było kompletu widzów. Na większości stadionów wodzirejami kolorowych, rozśpiewanych byli turyści, którzy dopingują nie tylko swoich. Ponieważ w rugby nigdy nie było i nie będzie sektorów buforowych, kibice siedzą wymieszani między sobą. Prawie każdy bez krępacji wznosi do kamery toasty, przez pomyłkę podskakują nawet z nie swoimi flagami.

Niektórym Heineken tak zaszumiał w głowie, że zabrali się za żony kibiców swoich rywali. Jeden z Irlandczyków z zieloną brodą świętego Patryka tak rozpędził się na niedzielnym meczu, że zaczął obcałowywać żonę kibica swoich rywali z USA. Zreflektował się dopiero, kiedy pokazał ich stadionowy telebim. Argentyński fan z kolei przed meczem z Anglią nauczył się słów Haki. Tubylcy przetłumaczyli mu później, że pierwsze wersy "Ka mate! ka mate!" oznaczają: "Mogę umrzeć, mogę umrzeć". Cytowany przez "NZ Herald" błyskotliwie odparł: "Rzeczywiście, mogę umrzeć. Tylko po co, skoro jest tu tak pięknie".

źródło: Przemysław Iwańczyk, 2011-09-11
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?