Oficjalna strona sekcji rugby KS Posnania Poznań
slide01 slide01 slide01 slide01
NABÓR DO
SEKCJI RUGBY
NABÓR
AKTUALNOŚCI !

POSNANIA_RUGBY 7

BLACK ROSES

SARMACI RUGBY

JESTEŚMY TUTAJ

ODWIEDZILI NAS
free counters
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
POSNANIA RUGBY CLUB

KS POSNANIA POZNAŃ

SPONSORZY

WSPÓŁPRACA

PATRONAT MEDIALNY

WSPÓLNIE PRZECIW BIAŁACZCE

Nasza strona
Działamy:
ZNALEZIONE W SIECI
Frankfurt jest kolebką niemieckiego rugby. W 1880 roku dwie sportowe bandy FrankoniaiGermaniazjednoczyły się i stworzyły Sport Club 1880 Frankfurt. W ciągu dwudziestu lat Klub stał się tak mocny, że wystąpił jako reprezentacja Cesarstwa Niemieckiego na Igrzyskach Olimpijskich 1900 roku w Paryżu i zdobył tam -ex aequo z Brytyjczykami – srebrny medal. Wygrali Francuzi.

Posiadłości Klubu są bardzo ładne; bardziej przypominają ogrody czy parki niż obiekty sportowe. Gra się tam w infantylne gry; lacrosse'a, hokej na trawie i tenis. Ale przede wszystkim w rugby, które jest mądre, piękne i dobre. Ten stadion został wyznaczony jako battlefield spotkania Niemcy-Polska w rozgrywkach o Puchar Narodów Europejskich 2012.

Dzień 20 listopada 2010 był trochę mglisty i chłodny, ale przemiłe Panie z Klubu już przed południem ustawiły bufety z zupą gulaszową, ciastami i gorącym sokiem pomarańczowym – za grosze – tak, że nikt nie miał szans, żeby zmarznąć. A zaraz po południu był też wyszynk – piwo w ogródku i alkohole w restauracji – i w ogóle wszystko jak należy. Podobno wysłannik FIRA, pan Charles Cailly, stwierdził, że organizacja spotkania jest słaba, ale tę opinię uważam za kompletnie bezpodstawną. Wszystko tam było bardzo, bardzo rugby.

Polscy Faceci z Trenerem pojawili się na stadionie parę minut po godzinie trzynastej – przywitali się z kibicami i zeszli do szatni. Pierwsi – spośród Polaków – na rozgrzewkę wyszli David Chartier i Dawid Banaszek, żeby oswoić się z boiskiem i poćwiczyć kopy. Trochę to wyglądało, jakby chcieli sprawdzić osobistą dyspozycję w tym dniu; jakby nie był jeszcze wiadomo, kto ostatecznie zagra z Nr10 i będzie egzekutorem rzutów karnych w tym spotkaniu. Ale obaj kopali bardzo fajnie – dalekie, szybkie i płaskie piłki, które taką korzyść potrafią przynieść tak przy rzutach karnych, jak i przy grze skrzydłem. Gdy reszta Polaków dołączyła do nich i zaczęła się regularna rozgrzewka, na stadionie pojawili się Niemcy. Sprawiali mocne wrażenie – byli po prostu więksi – i widać było, że nie przeszkadza im rola faworytów. Zostali rewelacyjnie przyjęci przez publiczność, a zwłaszcza przez dzieci – one ich naprawdę kochają.

Dopełniono formalności i obie drużyny wbiegły na boisko. W europejskim rugby nie ma takich czadów jak haka, ale... Żadna, ale to żadna polska reprezentacja nie śpiewa tak hymnu jak rugbyści – jest to po prostu ich pieśń bojowa (którą Mazurek w istocie jest) – i oni jak nikt inny potrafią wydobyć ten heroiczny wymiar. Nie wiem, czy frankofońska część reprezentacji – Cedric Vaissiere, David Chartier, Alexandre Beccuau i Jean Boutes – zna słowa (coś więcej niż „Marche, marche, Dombrovski”) - ale melodię znają bezbłędnie – and they really know how to roar.Tak jak Polacy – słychać ich było chyba nad samym Menem. Rugbyści Niemiec – i Niemcy w ogóle – są w tym przypadku naprawdę poszkodowani: nie śpiewają swojego hymnu; wysłuchują go jak melomani. Ale jestem pewien, że śpiewają go w swoich sercach.

O godzinie 14:30 sędzia, pan Pedro Murinello, dmuchnął w gwizdek i Historia Się Rozpoczęła.
Nieprzychylnie dla Polaków – jeszcze nie rozpoznali dokładnie ustawienia Niemców, gdy ci świetnie rozegrali trójkową akcję na prawym skrzydle - mijali polskich obrońców prawie bez kontaktu - i Mustafa Gungor (Nr9) wbiegł do polskiego Domu jak do swojego, i przyłożył piłkę – 5:0. Po czym Fabian Heimpel (Nr10) spokojnie wykorzystał kopa-premię i podwyższył na 7:0.
Przy pierwszej nadarzającej się okazji – przewinieniu Niemców – David Chartier (Nr10) postanowił kopać na bramkę – z daleka. Trafił i zredukował dystans punktowy do relatywnie bezpiecznego 7:3.
Ale Niemcy nie pozwolili złapać Polakom oddechu. Po wznowieniu łatwo przenieśli grę w polską strefę obronną, zrobiło się ciasno, któryś z Dawidów - nie widziałem dobrze, Banaszek czy Chartier – próbował wykopać na uwolnienie; Alexander Hauck (Nr7) nakrył tego kopa, piłka odbiła się od niego w kierunku polskiego Domu, Hauck ją dopadł, wbiegł i przyłożył – było 12:3. Po wykorzystaniu – znów z łatwej pozycji – kopa-premii przez Heimpla, Niemcy prowadzili 14:3, a była zaledwie dziesiąta minuta spotkania. Ale nie wynik był najgorszy.

Najgorszy był ogólny obraz gry i wrażenie, jakie czynił na wszystkich: Niemcy grali po prostu świetne, płynne rugby i każdą chwilą potwierdzali słuszność przedmeczowych prognoz, iż są zdecydowanym faworytem i że zespoły dzieli różnica przynajmniej jednej klasy. Ich przyłożenia miały ten wdzięk i polot, który ujmuje serce każdego kibica rugby - prawie wszystkim wydawało się, że ich przewaga jest niepodważalna i że reszta meczu będzie pełna podobnych popisów.
Prawie wszystkim tak się zdawało – z wyjątkiem Polaków.

Następny kwadrans był moim zdaniem absolutnie kluczowy dla tego meczu – a może nawet dla polskiego rugby. Oni po prostu postanowili, że nie przegrają tego meczu.

Pierwszym sygnałem, że czasy się zmieniają, była gra polskiego młyna. Dotychczas nie przegrali wprawdzie żadnego zwarcia, ale wszystkie młyny skręcały się i rozpadały – bez żadnego pożytku. Teraz pierwsza linia – Paweł Gołąb (Nr1), Kamil Bobryk (Nr2) i Jean Boutes (Nr3) – po raz pierwszy grająca w tym zestawieniu – znalazła równowagę. Wyglądało to tak, jakby przetrzymywali pierwsze natarcie Niemców nie cofając się o cal, żeby w drugim tempie pchnąć większych Niemców i odrzucić ich metr w tył.
Ich nieustępliwość udzieliła się reszcie drużyny; gra toczyła się głównie w środku pola i zaczęła się zaostrzać: Niemcy widząc, że aby zatrzymać Kacpra Ławskiego (Nr8) czy Toma Jankowskiego (Nr6) potrzebują dwóch-trzech graczy, podczas gdy Krzysztof Hotowski (Nr 14) szarżując wyrzuca na aut gracza o trzydzieści kilogramów cięższego, zaczęli się denerwować. A zdenerwowany gracz w rugby gra przeciwko sobie – zaczyna popełniać błędy i przewinienia, które zamienione w rzuty karne mogą być kosztowne. I tak się stało w 28 minucie – po przewinieniu Niemców, David Chartier trafił między słupy i było 14:6.

Gra dalej była ostra, ale ciągle fair – do momentu, kiedy Nr5, Michael Poppmeier (stary wyga, grał w RPA i we Włoszech) nie wytrzymał i wykorzystując zamieszanie przy spontanicznym młynie, podszedł do polskiego gracza (był to chyba Michał Krużycki – Nr4), wykonał efektowny piruet i rąbnął go głową w policzek. Sędzia tego nie widział, gra toczyła się szybko i Michał (?) nie miał czasu na odwet – czy też nadstawienie drugiego policzka – na szczęście.

Ale ludzie to widzieli – spojrzałem pytającym wzrokiem na młodego Niemca, który stał obok mnie. Zamknął oczy i pokręcił pochyloną głową. W tym momencie byłem już przekonany, że Niemcy nie wygrają tego meczu – rozsypane morale może nie ma takiego znaczenia w innych sportach; ale w rugby prowadzi do nieuchronnej porażki. W chwilę później – jakby na potwierdzenie – sędzia podyktował dla drużyny polskiej następnego karnego – David Chartier trafił i było 14:9. Kończyła się pierwsza połowa – nie dotrwał Alexandre Beccuau (nr11), najdrobniejszy i najruchliwszy gracz polskiej drużyny, który wprowadzał mnóstwo zamieszania na skrzydle i przyplacił to kontuzją kolana po starciu z którymś Niemcem. Reszta Facetów schodziła na przerwę o własnych siłach – byli zmęczeni i poważni. Niemcy byli zmęczeni i zaniepokojeni – większość z nich.

W przerwie meczu poszedłem do restauracji na jednego. Po drodze minąłem młodą dziewczynę w polskim szaliku.

„Wie Pani, że wygramy ten mecz?” zapytałem.

„Oczywiście, że tak.” odrzekła z promiennym uśmiechem.

Restauracja mieściła się w trybunie głównej i miała klubowy charakter; przypominała górską knajpę narciarską – tyle, że była dużo bardziej przestronna. Było tam mnóstwo ludzi, dziewczyn i facetów, i zanim doszedłem do baru, zdążyłem wymienić dwadzieścia ukłonów. Zamówiłem dużą wódkę i zostałem otoczony facetami, z których większość próbowała mi zaimponować polszczyzną. Najlepszy był jeden Francuz – użył sześciu słów, ale złożył je w naprawdę w czujny message.„Dzień dobry. Brawo, Polska. Dziękuję bardzo.” powiedział. Pośmialiśmy się, wypiłem wódkę, odwiedziłem przybytek dlaHerren i wróciłem na boisko.

Druga połowa zaczęła się - w miejsce Alexandra Beccuau wszedł Wojciech Piotrowicz. Początek przypominał trochę pierwsze minuty – ale tylko trochę. Sędzia podyktował karnego dla Niemców, którego Fabian Heimpel trafił na 17:9 – ale nie zdeprymowało to Polaków; w tej fazie gry byli już absolutnie stabilni, gotowi na wszystko. Chyba raczej dodało to im animuszu, bo po zmianie kontuzjowanego Stanisława Niedźwieckiego (Nr7) – który zostawił zdrowie na boisku w niemiłosiernych szarżach – na Michała Mirosza, Polacy rozpoczęli akcję, która jest solą tej gry – wszyscy naprzód. Zdobywając pole metr po metrze, zepchnęli Niemców na linię punktową. Niemcy postawili ciasny kordon obronny – za plecami mieli już tylko swój Dom – i odrzucali kolejnych Polaków próbujących się przez nich przebić – ale polska determinacja była już w tym momencie nie do okiełznania.

W 49 minucie spotkania młynarz polskiej drużyny, Kamil Bobryk (Nr2), przedarł się do niemieckiego Domu i przyłożył piłkę. 17:14! Premiowanego kopa czysto wykonał David Chartier i było 17:16.

Niemcy chcieli natychmiast odpowiedzieć; robili, co mogli – i czego nie mogli - nerwy puściły Jensowi Schmidtowi (Nr4) za co został na 10 minut wyrzucony z boiska, a zespół niemiecki ukarany rzutem karnym. Chartier znowu trafił i 53 minucie Polska - po raz pierwszy w tym meczu - objęła prowadzenie 17:19.

Grali w tym momencie jak w transie – nie można było ich czysto zatrzymać: po dwóch minutach historia powtórzyła się – następny karny przeciw Niemcom – Chartier zrobił swoje – i na tablicy zabłysło 17:22.

Każdy, kto przeczytał tytuł tego raportu wie, że do końca meczu wynik się nie zmienił i może pomyśleć, że wszyscy się zmęczyli i przez resztę meczu słaniali się na nogach marząc o końcowym gwizdku. Ale po pierwsze w rugby tak nie ma, a po drugie Niemcy nie poddają się nigdy – i chwała im za to. Wynik był niby wysoki, ale jedna (!) akcja mogła odwrócić losy meczu i oni to wiedzieli – wszyscy to wiedzieli. Niemiecki trener, pan Torsten Schippe, zmienił rozgrywającego: pozycję Nr9 w miejsce Mustafy Gungora zajął Tim Menzel. Gra Niemców stała się trochę płynniejsza i szybsza, ale Polacy byli na swoim miejscu.

Czas naglił – była 70 minuta, zostało 10 regulaminowych minut do końca - widząc, że wariant szybkiej gry nie skutkuje, pan Torsten Schippe próbował inaczej – wymienił dwie trzecie pierwszej linii młyna (Nr1 i Nr2) – za Artura Zeilera i Alexandra Widikera weszli Benjamin Kruse i Sven-Uwe Wetzel. Wnieśli nowe siły w niemiecki taran; przy kolejnym wznowieniu zrezygnowali z rozgrywania piłki szybkimi skrzydłami, tylko zbili się w ciżbę – maul – i niosąc w niej piłkę przebijali się przez rozproszonych Polaków. To był dobry, efektywny maul – przeszedł jakieś piętnaście, dwadzieścia metrów, zanim zmęczeni gracze polskiego młyna złożyli się, zatrzymali go i rozbili. Trener Polaków, pan Tomasz Putra, postanowił zneutralizować to realne zagrożenie, wysyłając w miejsce wykończonych walką Pawła Nowaka (Nr5) i Tomasza Stępnia (Nr13) – świeże siły: Marka Skindela i Łukasza Szostka.

Regulaminowy czas skończył się, ale fluid wymarzonego scenariusza, który snuł się w umysłach niemieckich graczy i kibiców – PRZYŁOŻYĆ NA KONIEC I WYGRAĆ W NAJWSPANIALSZYM STYLU – zahipnotyzował sędziego, bo ani myślał odgwizdać koniec meczu. To marzenie próbował wybić im wszystkim z głowy Chartier, próbując strzelić gola z gry i powiększyć dystans punktowy poza zasięg jednej odwetowej akcji, ale nie powiodło mu się – był za daleko i nie miał czasu, żeby przymierzyć, bo był natychmiast atakowany; ale chwała mu za koncept – taki gwóźdź zakończyłby mecz w jednej sekundzie. Ale to Niemcy byli teraz częściej przy piłce i grali ze skrzydła na skrzydło w nadziei, że gdzieś musi znaleźć się luka w polskiej obronie i ktoś przejdzie ją jak żywa torpeda. Ale-luk-nie-było.

5 minut po regulaminowym czasie pan Pedro Murinello, portugalski sędzia, dał szansę zagrać Niemcom ostatnią akcję, co znaczyło, że dopóki są przy piłce, on nie zakończy meczu. Wiecie ile trwała ta akcja? Pięć minut. Myślałem, że zemdleję.

Niemcy szli w przód: na prawym skrzydle Polacy zatrzymali ich metr (!) przed Domem, więc przerzucili grę na lewe skrzydło, ale i tu polska obrona zdążyła. Niemcy zasłonili martwą piłkę i planowali następne rozegranie, poprawili ustawienie, ich rozgrywający nachylił się, rozejrzał i gdy tylko podniósł ją z ziemi, żeby jednym, płynnym ruchem podać ją oczekującym graczom, został zaatakowany cudowną, natchnioną, idealną w timingu szarżą Cedrica Vaissiere (Nr9), który wytrącił mu piłkę, ta przeszła do Polaków i w następnej sekundzie polski gracz (to był chyba Wojciech Łukasiewicz – Nr12) wykopał ją w aut, co znaczyło - z w y c i ę s t w o.

Chociaż radość była olbrzymia, nikt nie biegał ani się nie wydzierał – na to miał przyjść czas chwilę później. Faceci i my byliśmy na to w tym pierwszym momencie zbyt wzruszeni, a Oni do tego krańcowo – tak, krańcowo – zmęczeni. Extremely, extremely exhausted.Nie mogli złapać tchu i klęczeli na boisku. Szliśmy powoli do nich, odbierając podziękowania i gratulacje od kibiców niemieckich, którzy są tak samo świetni jak każda publiczność rugby na świecie.

Wchodziliśmy powoli na zdobyte dopiero co battlefield ze łzami w oczach i ze ściśniętymi gardłami. Ściskaliśmy się z Facetami – i nie powtórzę tu słów, które padały. Były jak najbardziej stosowne w tamtym miejscu i w tamtej chwili, ale teraz zostałyby pewnie uznane za pompatyczne.

Podszedłem do Trenera, pana Tomasza Putry.

„To bardzo ważne zwycięstwo, Panie Trenerze” powiedziałem samą prawdę.

Trener był wzruszony. Wskazał na Facetów i odpowiedział mi coś prostego a jednocześnie bardzo wieloznacznego i mądrego, kiedy teraz o tym myślę.

„Najważniejsza” powiedział „jest Ich Radość”.



autor: Notre Dame du Rugby, Her Man
Niezależne Forum Publicystów, www.herman.salon24.pl
#1 | DOC dnia grudzień 04 2010 15:10:24
Świetna, emocjonalna relacja. Bardzo dobrze oddaje atmosferę meczu. Prosimy o więcej.
#2 | polek dnia grudzień 04 2010 21:08:58
Naprawde dobre. Brawo dla autora - czułem się jajbym czytał Hłaskę. Co prawda znając finansowe i organizacyjne realia krajowego rugby trudno w to uwierzyć ale może to był rzeczywiście przełomowy mecz. Podobno najważniejsze jest to co ma się "w głowie i w sercu" a reszta idzie w ślad za tym... Brawo dla "naszych facetów" i czekamy na kolejne zwycięstwa !!! Może będzie tak jak z Portugalią parę lat temu?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?